niedziela, 1 grudnia 2024

,,Obserwator Nieba''

Astronomia zawsze była moim hobby. Każdy ma jakieś, a może to za dużo powiedziane. Bo niektórzy po prostu żyją z dnia na dzień, nie robiąc w zasadzie niczego poza pracą i zwykłymi trywialnymi zajęciami. Jedyną ich rozrywką jest picie i hulanki, które w gruncie rzeczy tylko ogłupiają wszystkich nawzajem. Toczą tak swoje życie, aż do śmierci. Inni natomiast oddają się sztuce i kulturze, pochłaniają wiedzę wszelakiego rodzaju. Zachwycają się poezją lub sami ją piszą. Ja natomiast odnajdywałem się w astronomii. Niewiele wiedzieliśmy wtedy o kosmosie i nadal nasza wiedza jest nikła w porównaniu z tym, jak wiele stoi przed nami pytań, a ile jest odpowiedzi. Wiele koncepcji to tylko gdybanie, a uczeni nadal nie potrafią dojść do jednej prawdy, dlatego ta nauka jest tak pochłaniająca, gdyż ciągle nie jest w pełni odkryta. Moja niewinna pasja do obserwowania nieba przerodziła się w początkowy zachwyt i chęć zdobywania jak największej wiedzy o wszechświecie, kończąc na własnym wysuwaniu teorii i badań. Póki co jednak nauka ta stanęła i nic poza obserwacją i teoriami, które nie są poparte bezpośrednimi dowodami, nie możemy  więcej zrobić. Zachwyt, z jakim podchodzimy do nauki, może przerodzić się jednak w obłęd. Jak to zwykle bywa, zaczęło się to niewinnie. Mój ojciec należał do ludzi światłych. Uważał, że każdy powinien posiąść podstawową wiedzę na tematy wszelakie. Na 11 urodziny sprawił mi podręcznik dotyczący ruchów ciał niebieskich. Miesiącami studiowałem mapy i opisy poszczególnych ruchów czy etapów, które następowały w określonym czasie i miejscu, niekiedy zaledwie raz do roku, bądź co kilka lat. Wieczorami zawsze siadałem przed małym okienkiem w mojej sypialni i godzinami wpatrywałem się w gwiazdy. Czasami mogłem tak siedzieć, aż do samego wschodu słońca. Ojciec początkowo rad z mojego zamiłowania, stopniowo zauważał, iż opuszczam się w nauce. Zaproponował mi pewien układ. Jeżeli będę wywiązywał się wzorowo ze swoich obowiązków w szkole i nie tylko, obiecał kupować mi co jakiś czas nowe podręczniki. Jeżeli będę naprawdę obowiązkowy, może kupi mi nawet teleskop, a wydatek ten był niemały. Dni spędzałem więc na mozolnej nauce, a w nocy śniłem o kosmosie i jego bezkresnym wymiarze.

Ojciec był dość wysoko postawionym pracownikiem w banku, musiałem więc wybrać kierunek studiów związany z jego pracą, a moją przyszłą. Początkowo zapisałem się na kursy Steno pisarskie, następnie studia o profilu księgowego. Zawsze pragnął, abym został prawnikiem, potrzebował zaufanego pracownika który go kiedyś zastąpi. Widział jednak, że nie dam sobie rady w tej roli i nie spełnię jego marzeń.

Pewnego dnia na uczelni w ramach jakiegoś projektu, odwiedził nas astronom Stephen Ward, jeżeli mnie pamięć nie myli. Oczywiście natychmiast zapisałem się na jego lekcję. Nie było to dla mnie nic nowego, ponieważ przedstawiał on podstawy astronomii i  opowiadał na czym właściwie polega jego praca. Po zajęciach podszedłem do niego, a on z radością przyjął informację, iż pasjonuje się kosmosem. Za jego też radą wiedziałem już, jaki konkretnie model teleskopu kupić, jako że miał on przyjemność zaznajomić się z szeroką ich gamą. Ostatniego roku nauki, kiedy wszystkie egzaminy i sprawdziany miałem zaliczone na wzorowe oceny, oraz zostałem najlepszym uczniem w klasie, a był to spory sukces. Ojciec, tak jak obiecał mi przed laty, sprawił mi teleskop. Nie był rzecz jasna sprzętem dla profesjonalnych astronomów, ale śmiało można powiedzieć, że był z wyższej półki, jako że kosztował równowartość taniego samochodu. Powiększenie do 150x umożliwia sprawną obserwację najdalszych ciał niebieskich. Natychmiast umieściłem go przy swoim okienku i nie mogłem doczekać się pierwszej nocy. Gdy ta zapadła, natychmiast zabrałem się do badań przestrzeni kosmicznej. Po paru nocach na wylot znałem wąski pas nieba i zapragnąłem poszerzyć swoją obserwację na większym zakresie przestrzeni. Nasze mieszkanie rodzinne było położone w kamienicy nieopodal głównego rynku i  nie było tutaj miejsca, abym mógł ukradkiem w nocy wymykać się z teleskopem pod ramieniem na ulice. Nocą grasowało wielu pijaków i innych awanturników, a przy moich badaniach potrzebowałem bezwzględnej ciszy i spokoju. Ojciec pomówił z właścicielem kamienicy i od teraz dozorca imieniem Joe, miał mi przekazywać co jakiś czas klucze na strych, w celu dogłębnych badań. Roztaczał się tam piękny widok na resztę miasta, ale jeszcze piękniejszy na niebo. Przy dobrej pogodzie prosiłem starego Joe, aby pożyczył mi klucze. Ten zawsze krzywo na mnie patrzył. Człowiek jego pokroju nigdy nie zrozumie nauki, a na pewno nie zrozumie astronomii.  Dla niego to, co się dzieje poza ziemią jest tak samo ważne, jak śnieg ubiegłej zimy. Czasami nawet wzbraniał się, mówił, że je zostawił u siebie w mieszkaniu po drugiej stronie miasta, bądź że jest zajęty i nie może mi teraz ich dać, co rzecz jasna była kłamstwem. Niebo było czyste i przejrzyste tej nocy, zszedłem więc na dół do siedziby stróża po klucze ale i tym razem nie obyło się bez klasycznej już wymiany zdań.


(Joe)– A ty znowu tu, to już drugi raz w tym tygodniu.


(Beziimenny)– Miał mi pan dawać klucze, kiedy o to poproszę i właśnie teraz tak jest, oszczędźmy sobie tej rozmowy


(Joe)– Taa i co, znowu będziesz się gapić w niebo? Cholera wie, co ty tam robisz?  Może ukradkiem wynosisz kosztowności?  Jeśli wpłynie choć jedna skarga, jedna najdrobniejsza rzecz zginie i po tobie. 


(Bezimienny)– Trudno byłoby znieść dobra, jakie tam są przetrzymywane, zajmuję się tak, jak już panu mówiłem, tylko obserwowaniem nieba.


(Joe)– Czyli jednak przepatrzyłeś strych i wiesz, co tam jest i ile jest to warte, co?


Prawie już miałem krzyczeć, Za każdym razem ta sama paplanina, pięści same się zacisnęły, ale musiałem pociągnąć tę rozmowę do końca. 


(Bezimienny)– Nie zajmowałem się tym, nie zwracałem przesadnej uwagi na to, co tam się znajduje, ani na pewno nie, ile to jest warte. Nie ciągnijmy już tego i proszę dać mi te klucze.


(Joe)– Masz i zmiataj mi stąd, pewno te gwiazdy to tylko wymówka i porządnych ludzi przez okna „Obserwujesz”.


Podziękowawszy przez zęby, szybkim krokiem udałem się na górę. Usłyszałem za sobą wypowiadanych pod nosem kilka nieprzyzwoitych słów na mój temat, ale nie był to czas, aby się tym martwić. Teraz był czas , aby zanurzyć się w bezmiarze nieba. Odtworzyłem stare dębowe drzwi prowadzące do wnętrza strychu. Rozwarły się z przeciągłym i przenikliwym skrzypieniem. Nikt o nic tu nie dbał, a na pewno nie Joe,  wystarczyło tylko trochę naoliwić zawiasy. Niech go czarci porwą za jego głupotę i lenistwo. Mam już dość ludzi jego pokroju. Ale teraz nie czas na to, teraz najważniejsze są gwiazdy. Rozstawiłem teleskop i ustawiłem go na orbity Urana, a potem na Neptuna. W niedawnym numerze pisma naukowego dowiedziałem się, że niejaki Percival Lowell zaobserwował tam dziwne anomalie. Chciałem to zobaczyć na własne oczy, bo przecież  możliwe jest, że to ja coś odkryję, a moje imię na zawsze będzie nazwą nowo odkrytej planety, czy gwiazdy lub zjawiska. Rozmarzyłem się nad pracą astronoma, jednak wiedziałem, że jest to mało prawdopodobne. Gdybym jednak dokonał czegoś wyjątkowego, mogłem stać się nim naprawdę. i zasilić tym samym grono naukowców badających kosmos. Było to moje największe pragnienie, niczego tak bardzo nie chciałem w życiu osiągnąć, jak właśnie tego. Co dzień modliłem się, abym tym razem  zobaczył na niebie  coś wyjątkowego. Mapa nieba nie kryła już dla mnie żadnych tajemnic,  znałem ją na wylot, jak własną kieszeń. Dlatego w pierwszej chwili pomyślałem, że się przewidziałem. Na obiektywie pojawił się bardzo mały punkt ledwo widzialny dla oka, zamrugałem szybko kilka razy, nie odrywając wzroku od tego obiektu. Tak, zdecydowanie widzę coś. Ale czy na pewno? Nie ruszając statywu przetarłem szkiełko okularu, które swoją drogą powinno być czyste, gdyż regularnie je czyściłem, a teleskop był w nienagannym stanie, szczególnie w takie noce jak ta. Owo coś jednak nadal tam było, a  co mnie  jeszcze bardziej zszokowało, zmieniło swoje położenie. Działo się to  w zaskakująco szybkim tempie. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Na mojej twarzy zagościł jednocześnie uśmiech, ale i zdumienie. Byłbym skakał z radości, jakiej doświadczałem w tej chwili, ale nie potrafiłem oderwać wzroku od tajemniczego obiektu. W głowie snułem już powoli teorie na temat dziwnego zjawiska, jakie zaobserwowałem. Obiekt z minuty na minutę, z godziny na godzinę, zamieniał się w dziwną smugę, która zbliżała się coraz bliżej ziemi. Mojej radości ustąpił strach. Co, jeżeli to ciało niebieskie jest groźną asteroidą pędząca wprost na nas ? Strach sparaliżował mnie do tego stopnia, że nie mogłem ruszyć się z miejsca. Czułem ból spowodowany odrętwieniem. Siedziałem tak w jednej pozycji przez kilka godzin, przesuwając jedynie machinalnie pokrętła teleskopu. Czy powinienem kogoś o tym powiadomić ? Przecież nie tylko ja obserwuję niebo, na pewno ktoś już to udokumentował. Obliczył może nawet, z jaką prędkością leci ów obiekt i co to może właściwie być. Z moich obliczeń wynika coś niemożliwego, a mianowicie, że przedmiot ten leci z prędkością tak szybką, jaką żadne ciało niebieskie nie mogło się poruszać. Było to tak niebywałe, co chwilę musiałem przenosić teleskop, aby nie zgubić obiektu. 


To przecież niemożliwe,żeby coś leciało z taką prędkością! Obiekt był długą smugą, która ciągnęła się przez niebo  i mrugała co jakiś czas w  schematyczny sposób. Godziny mijały, a blask księżyca powoli ustępował światłu słońca. Niebo przestało być tak przejrzyste, jak wcześniej. Obserwacja była już teraz praktycznie niemożliwa. Sporządzałem pośpiesznie notatki z całego zajścia, opisywałem dokładnie zjawisko, jakiego doświadczyłem i wszelkie dane, jakie mogłem wywnioskować ze swojej wiedzy spędzając tak kolejne godziny. 


Gdy się obudziłem było już popołudnie. Na ulicy był gwar, słychać było warkot silników, rozmowy przechodniów i inne dźwięki  miasta. Wstałem z niemałym bólem głowy, a tak właściwie całego ciała. Czułem się okropnie i dopiero po chwili przypomniałem sobie o tym, co działo się w nocy. Pomyślałem przez chwilę, czy nie był to przypadkiem sen, może po prostu zasnąłem, a fantazje senne podsunęły mi obraz niezwykłego odkrycia. Jednak gdy wstałem z krzesła, ujrzałem na ziemi kilka kartek, przewertowałem je i były to rzeczywiście notatki z zajścia. Nie mogłem jednak teraz o tym myśleć, bo było już południe, a ja musiałem iść do pracy.  Natychmiast zszedłem na dół i szybko udałem się do banku w którym odbywałem staż na stanowisko księgowego. Po kilku godzinach przepisywania, rejestrowania umów, zarządzania papierami i mnóstwem stukania w klawisze maszyny czekała mnie poważna rozmowa z Ojcem na temat mojego spóźnienia. Bałem się jej, chciałem mu wszystko wygarnąć, co leżało mi na sercu, a może nawet napomknąć o wczorajszej nocy. 


Nie mogłem się odważyć, stchórzyłem i potulnie przeprosiłem go. Na domiar złego obiecałem, że moje eskapady na strych ograniczę tylko do dni wolnych. Może i mój ojciec nie należał do ludzi porywczych, ale tego dnia wolałem mu się nie sprzeciwiać. Ostatnio przecież trochę mniej przykładałem się do swojej pracy, a ta sytuacja i tak zaostrzyła konflikt, jaki od dawna czuć było w powietrzu. Następnej nocy od zajścia nie mogłem spać, choć byłem zmęczony pracą. Myślałem intensywnie o zajściu, analizowałem każdy jego aspekt i fantazjowałem w głowie, jakież to zjawisko udało mi się odkryć. Z niecierpliwością, która objawiała się wręcz dreszczem na myśl o nadchodzącej ekspedycji, przymrużyłem oczy i powoli zapadłem w sen. Sny moje często były o kosmosie. Gdzieś przeczytałem, że sen jest sumą myśli i przeżyć naszego życia oraz dzisiejszego dnia. Ponieważ noce spędzałem często na ciągłej obserwacji, śniłem o milionach gwiazd, a sen ten był odtwarzany często w mojej głowie. Przemierzałem pustkowia kosmosu niczym duch, pokonując kolejne galaktyki, sporządzając ich mapy i zachwycając się ich pięknem. Sen ten był zawsze dla mnie pociechą. Za każdym razem dokładnie pamiętałem jego obraz po przebudzeniu. Jeżeli zdarzyło się w nim coś wyjątkowego, zapisywałem to w dzienniku. Miałem tam  dokładnie opisany sen wraz z ilustracjami, które obrazowały to, co ujrzałem w swych myślach. Proste szkice nigdy jednak nie odzwierciedlały tego, czego doświadczyłem. Próbowałem czasami dzielić się swoim marzeniem sennymi, ale nikt nie traktował tego poważnie. Albo po prostu nikt nie potrafił  sobie tego wyobrazić, czy zrozumieć ogromu jaki przeżywałem. Nie potrafiłem zarazić swoją pasją innych, dlatego szybko zostałem samotnikiem. Nigdy jednak nie zamieniłbym tego nawet na najbardziej oddanych przyjaciół, gdyż tej nocy ujrzałem coś nowego. Sen rozpoczął się standardowo: obudziłem się w ciemnej zimnej pustce. Po krótkiej chwili niepewnego oczekiwania, wszechświat objawił mi się milionem migoczących świateł, a ciało moje wypełniło się ciepłem podekstywowania. Oczy moje ujrzały setki,  Nie! ,  tysiące mgławic i galaktyk, które jaśniały wszelką gamą kolorów i odcieni. Po czym wszystko to w ułamku sekundy zniknęło i ujrzałem ciemność. Nie była to jednak ciemność, jaką znałem,  była to ciemność absolutna pochłaniająca wszelkie światło, czysta nicość. Jak gdybym nagle umarł. Odczułem lęk, który nasilił się tym bardziej, gdy usłyszałem głos. Głos brzmiał metalicznie, miał nienaganny akcent, ale tonacja jego była bardzo sztuczna, dobywał się, jak gdyby z mojej własnej głowy i przemówił  do mnie tymi oto słowami:


 „Drogi człowiecze, jesteś dla nas od niedawna obiektem badań, nie bez powodu to ty zobaczyłeś to, co miałeś zobaczyć, chcemy twojej uwagi i pomocy. Nasza technologia pozwala nam przemierzać czas i przestrzeń, wasza nie nadaje się nawet do odpowiedniej obserwacji naszych poczynań. Jesteście słabi, ale my to zmienimy. Przyłącz się do nas i przemierzaj niezmierzony wszechświat nie tylko w snach, a teraz zbudź się! 

Przerażony krzyknąłem, a mój oddech rwał się, przez okno wdzierał się blask księżyca, miałem dreszcze z zimna i przerażenia. Szybko zapaliłam świece i przysiadłem przy biurku. Wyjąłem notatnik i spisałem wszystko, co głos mi powiedział oraz cały przebieg snu. Choć, czy rzeczywiście to był sen, co jeśli… faktycznie ktoś do mnie przemawiał. Boże mój boże, wspaniałe odkrycie, inteligentna forma życia. No i to ze mną, właśnie ze mną, się porozumiała. Uśmiech zagościł na moje twarzy, a euforia rozsadzała mnie od środka. Do końca nocy nie mogłem już zasnąć. Rankiem jak zwykle ruszyłem do pracy, myśląc o nadchodzącej nocy i tym, co stało się dzisiejszej, gdy słońce chyliło się powoli ku upadkowi ja już od dawna miałem przygotowane stanowisko. Zaparzoną kawę oraz trochę tabaki, którą specjalnie kupiłem na te okazje. Nie mogłem zapaść w sen. Dlatego też od razu po pracy próbowałem zasnąć, aby mieć więcej sił niestety nie udało mi się to, ale byłem wypoczęty. Gdy ostatnie promyki światła omiatały mą podekscytowana twarz, jeszcze raz przewertowałem wszystkie notatki i sprawdziłem swój teleskop. Noc była czysta i przejrzysta na niebie migotały znane mi od zawsze układy gwiazd i planet. Począłem od miejsca, gdzie ostatnio widziałem smugę. Teraz nic tam nie było, miałem jednak usilne uczucie, że coś mnie omija szybko ruszyłem dalej. Na początku prześledziłem trasę obiektu, jaką wcześniej zaobserwowałem, gdy i tam nic nie znalazłem. Począłem robić mój standardowy obchód Wenus, Mars, Saturn, Jowisz, Sirius, Orion, Antares, jednak przy żadnym nie znalazłem smugi o nadzwyczajnej prędkości. Żułem znudzenie tabakę ze złości, gdy powoli, acz nieubłaganie zmęczenie brało górę nad moim organizmem. Żywiołowość, jaka mnie ogarnęła od ostatnich dni nie dawała mi już spokoju, a teraz gdy nic nie zobaczyłem oczy moje bezwiednie się zamknęły, a ja sam pogrążyłem się w twardym śnie. Głos w mojej głowie ponownie przemówił brzmiał on teraz jednak groźnie i pogardliwie.


„Nie zobaczysz nic póki ci nie pokażemy, bądź cierpliwy i poczekaj do kolejnej pełni księżyca, a doznasz zaszczytu, jakiego nie jesteś godzien, a teraz zbudź się” 

ocknąłem się tak samo nagle jak zasnąłem. Był wczesny ranek, gęsta mgła otulała okolice nie pozwalając widzieć dalej niż na kilka metrów. Zwariowałem, ja jestem obłąkany tak nie może być znowu ten głos. Począłem toczyć ze sobą szaleńczy monolog, rozsądek, jednak przezwyciężył lęk, uzupełniłem notatki z zajścia i wróciłem do rutyny życia. Mimo to odliczałem dzień za dniem, do chwili kiedy miała mi się objawić pełnia księżyca, a wraz z nią tajemniczy głos. Rzecz jasna nadal obserwowałem niebo jednak głos ani smuga mi się nie ukazały. Zacząłem usilnie szukać informacji na temat głosów i objawień, jakie mogły być podobne. Znalazłem przypadek jednego człowieka, który był bodaj wykładowcą angielskiego na uniwersytecie w Miskatonic ten, jak podają gazety, do jakich się dokopałem w miejscowej bibliotece przekazywały:


Dnia 9 Grudnia roku 1928

,,Tajemnicze istoty w górach Vermont’’ 

Profesor Albert Wilmarth zajmujący się literaturą Angielską i Folklorem.

Wygłasza sensacyjne wiadomości na temat tajemniczych istot z Plutonu które rzekomo nawiedzają ziemię, a swoją siedzibę mają w niedostępnych dla ludzi górach Vermont. Wilmarth przyjechał do Henrego Akeley 9 września roku bieżącego, w celu porozmawiania z nim na żywo na temat tajemniczych istot które obaj panowie badali, wcześniej natomiast wymieniali z sobą tylko korespondencję. Jak donosi Policja Wilmarth uciekł z domu Akeley (Akeleja) po tym jak odkrył że jego przyjaciel jest tak naprawdę sterowany przez istoty z Plutonu. Po gruntownym przeszukaniu mieszkania nie odkryto jednak niczego co miało związek z tajemniczymi istotami ani samym Akeley (Akelejem). Detektyw badający sprawę zaginięcia podejrzewa morderstwo i skierował Wilmarth (Wilmartha) na badania psychiatryczne. Lekarz sądowy wskazuje obłęd. Historia mimo że zmyślona nie można jej odmówić elementu tajemniczości gdyż nadal nie znamy miejsca w którym morderca pochował ciało. Wilmarth zaprzecza wszystkim oskarżeniom próbując się zasłaniać Agentami którzy jakoby utrzymują kontakt z mieszkańcami Plutonu. Wszystkie domniemane osoby zostały sprawdzone i śledztwo wskazało brak związku z sprawą zaginięcia. Decyzją sądu jest skierowanie osadzonego na przymusowy pobyt w szpitalu psychiatrycznym w Arkham city, na oddziale zamkniętym, wszelkich postępach w sprawie będziemy informować państwa na bieżąco.  


Trudno było mi w to uwierzyć, ale, jak widać, nie byłem jedyny. Człowiek ten po otrzymaniu informacji od obcych istot zwariował. Agenci, pomocnicy obcych, może ja też mam się takim stać, stopniowo może cały świat dowie się o istnieniu tych istot, zdolnych do telepatii niesamowite jak wiele możemy się od nich dowiedzieć. Wystarczy tylko przekonać ludzi, tylko jeżeli do tego czasu się nie ujawnili musieli mieć jakichś powód. Co jeśli werbują tylko wyjątkowe jednostki, takie jak ja, a reszta ma zostać tutaj na ziemi i nigdy nie doświadczyć w swym życiu niczego wyjątkowego. Na tę myśl zmartwiłem się, jednak po chwili to minęło, gdyż zaliczałem się do szczęśliwej grupy, w głowie miałem pewne ziarnko niepokoju związane z tym wykładowcą, który oszalał, ale cóż, kto by słuchał szaleńców. Następne dni i noce mijały mi niezwykle nudno sny były puste i bez znaczenia, a myśli daleko, bardzo daleko ode mnie. Gdy jednak zorientowałem się, że noc, na którą tak długo czekałem miała być już jutro przestraszyłem się. Myślałem nawet, czy aby nie przyjść i nie porzucić obserwacji nieba stać się tak samo przeciętnym człowiekiem jak mój ojciec i wszyscy inni ludzie, którzy mnie otaczają. Chęć zgłębiania wiedzy tajemnej i nieodgadnionej zwyciężyła moje tchórzowskie usposobienie. Ruszyłem po schodach na strych uprzednio przygotowując swoje. Stanowisko. Strach mój, jednak był na tyle duży, że jeszcze tego samego dnia ruszyłem do sklepu z bronią i nabyłem tam Pistolet colta mały kieszonkowy o niedużej mocy. Nawet nie wiem, dlaczego go kupiłem chyba, tylko aby się uspokoić przed tym, co miało nadejść tej nocy. Prawdę mówiąc, nawet nigdy nie strzelałem. Pierwsze godziny czułem przestrach, jednak po pewnym czasie znudzony zacząłem obserwować swoje ulubione miejsca na niebie. Nagle usłyszałem, jak gdyby bzyczenie, trzaski a nawet co mnie już naprawdę zaniepokoiło metaliczne skrobotanie. Potem trzepot skrzydeł, jakby smok przelatywał nad miastem. Sprawdziłem w kieszeni Colta i odbezpieczyłem go. Kurek miałem jednak wciąż w pozycji bezpiecznej. Sprzedawca dobrze mnie poinstruował jak się z nim ostrożnie obchodzić, słyszał on już niejedną historię jak to ktoś przypadkowo postrzelił się w stopę. Nerwowo rozglądałem się dookoła, światło mojej lampy wierciło strych, jednak nic prócz szpargałów i starych mebli nie udało mi się dojrzeć. Ponownie wróciłem do nieba, które wydało mi się nad wyraz jasne. Musiało mi się to tylko wydawać, albo był to po prostu jakiś dachowiec. Kilka minut później dźwięki jednak powróciły, były jeszcze bliżej niż poprzednio. Jak gdyby coś nade mną chodziło nie mógł być to kot. Było to za zbyt masywne jak na niego. Odciągnąłem szybko kurek, a lufę 0,32 cala skierowałem przed siebie. Cofnąłem się kilka kroków. Gdy głos przemówił w mojej głowie. Strach tu jest niepotrzebny, twoja broń i tak na nic się nie zda. Gdy głos przemawiał dziwne skrobanie i bzyczenie nawarstwiło się, a z okna wyjrzał cień. Postać stopniowo zaczęła wchodzić przez okno strącają statyw z teleskopem, który runął na ziemię. Pierwsze ukazały mi się długie odnóża jak u kraba zakończone ostrymi szponami. Było ich całe mnóstwo. Potem dostrzegłem parę złożonych skrzydeł musiały mieć ogromną rozpiętość, to je musiałem wtedy usłyszeć. Korpus pokryty był swego rodzaju pancerzem, a z głowy sterczały setki czułek, widać było również mnóstwo wyłupiastych oczu, które wpatrywały się we mnie, jak gdyby, majacząc mi w zmysłach. Postać ukazała mi się pełnej okazałości. Ręce samoczynnie zaczęły mi drgać a broń stała się dla mnie ciężarem. Nie miałem siły, a nawet nie wiedziałem czy powinienem teraz pociągnąć za spust. Chwila ta trwała, jak gdyby wieczność. Głos przemówił swym mechanicznym tonem jak zwykle w mej głowie. Nie lękaj się, gdyż zostałeś wybrany. W ułamku sekundy doszła do mnie cała prawda przeczytałem dość artykułów na temat Vermont i wiedziałem już, że nie są to istoty przyjazne ludziom. Nawet tego nie zauważyłem, gdy palec sam z siebie pociągnął za spust. Huk broni głucho rozproszył się po pomieszczeniu, niewzruszona tym istota szybko obróciła się i wyleciała tak jak stała. Różowa substancja małymi kroplami przykryła podłogę i wylatywała z odlatującego potwora. Wychyliłem się i posłałem cały magazynek w błyskawicznie oddalający się cień wątpię, jednak aby któraś z kul dosięgła mojego celu prócz tej pierwszej. Przeładowałem szybko broń, po czym zwaliłem się na podłogę. Słyszałem z dołu kroki dozorcy byłem już przygotowany na bluzgi i krzyki. stałem się jednak wrakiem człowieka szczęście, jakie dostarczyła mi obserwacja nieznanego zamieniła się w lęk. Miesiące mijały, a ja nie mogłem się opamiętać myślałem, czy aby nie skontaktować się z tym wykładowcą, ale nie miałem na to sił pogrążyłem się w depresji, a colt który wtedy załadowałem wciąż tkwił w mojej kieszeni. Głosy nigdy nie ustały wciąż słyszałem w głowie wiercące bzyczenie. Postanowiłem dziś to skończę kula, jaką wtedy wprowadziłem do komory była przeznaczona tylko mi i powinienem zrobić to tej nocy zamiast się męczyć. Suchy strzał przeciągle rozproszył się po kamienicy, a ciało upadło w kałuży krwi na podłogę. Ciało człowieka, którego zabiła jego własna ciekawość nieznanego i niepojętego.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

[XXIX] [6] M4 Sherman Lend Lease (Italeri)